17.06.2015

Rozdział 22.

9 komentarzy:
Już o szóstej rano miałam pobudkę. Ślub miał odbyć się o pierwszej, a przede mną wiele pracy. Chciałam, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Miałam być księżniczką  w ten jeden, wyjątkowy dla mnie dzień.
-Carla, pośpiesz się no!- krzyczała zza drzwi moja stylistka, kiedy ja nużyłam się w wodzie.
-Mmmm... mamy jeszcze czas.- mruknęłam, upijając łyk szampana. Nie dość, że w nocy nie mogłam spać, to jeszcze teraz nie pozwalają się zrelaksować.
-Albo za pięć minut tutaj będziesz, albo dzwonie po Justina i on wejdzie do twojej łazienki, mimo, że nie może cię widzieć do ślubu!- warknęła zdenerwowana Margaret, a ja wywróciłam oczami i zaczęłam się myć. Z lekkim opóźnieniem zawitałam w salonie, gdzie kobieta rozmawiała z dostawcą mojej sukni ślubnej. Wynajęłam krawcową, aby uszyła specjalną suknię dla mnie. Musiałam wyglądać doskonale.
-Dzień dobry, pani MacCartney.- mężczyzna pochylił się lekko do przodu i uniósł czapkę znad głowy. Kiwnęłam grzecznie i uśmiechnęłam się w jego kierunku. -Suknia calutka, pachnąca świeżością i nowością. Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia.- uściskał moją dłoń i wyszedł.
-Siadaj tu, Car, bo dostanę zaraz fioła, jak nie zaczniemy cię czesać!
-Dobra, dobra! Już..- rzuciłam zdenerwowana i usiadłam na wysokim krześle. Zaczęłyśmy plotkować o różnych rzeczach, począwszy od Angeline Jolie po Beyonce.
-Oh, gdyby Beyonce kiedyś zaśpiewała dla nas jakąś romantyczną balladę, to byłoby to najlepsze, co mogło mnie spotkać.- westchnęłam rozmarzona.
-Dziś spełniają się twoje marzenia, kto wie, co los jeszcze przygotował.- uśmiechnęła się ciepło do mnie i upięła ostatniego loka. Dochodziła jedenasta, więc był to czas, kiedy zaczęła mi robić makijaż. Później pomalowała mi paznokcie i dobrała biżuterię. Na sam koniec została sukienka.
-Stresuję się.- wybełkotałam, kiedy Margaret mocno ściskała mój gorset. W tej samej chwili do środka wpadły wszystkie moje drużby.
-AAAAAAAAAA!- oczy Rose się zaszkliły, kiedy mnie ujrzała. Zaczęła wachlować rękami swoją twarz, aby nie rozmazać tuszu. -Cholera, to się dzieje! Moja mała Carla wychodzi za mąż!- krzyczała podekscytowana, a kiedy w końcu Margaret zawiązała gorset, podeszłam do przyjaciółki i mocno ją przytuliłam. -Jestem taka szczęśliwa!- odsunęła się ode mnie na odległość ramion i lustruje od stóp do głów. -Wyglądasz pięknie. Masz podwiązkę?- pokiwałam głową i usiadłam na sofie, aby założyć buty.
-Twoi rodzice lada moment tu będą.- poinformowała Barbara i poprawiła swoją sukienkę.
-Nie przeszkadza wam to, że jesteście w takich samych sukienkach? Zawsze marzyłam o tym, aby moje druhny były ubrane jednakowo...
-Carla! Nie przesadzaj!- wyrwała się w końcu Rosalie. -Sukienki są piękne, mi tam nie przeszkadza to, że Barbara czy Katherina mają takie same. Wszystko jest w jak najlepszym porządku, a ty się tak nie stresuj!- nakazała przyjaciółka i w tym samym momencie po mieszkaniu rozbrzmiał dzwonek. Nim podniosłam się z sofy, brunetka zdążyła już otworzyć drzwi. Wtedy zobaczyłam całą swoją rodzinę. Mama od razu wybuchła płaczem, a tata twardo trzymał się tego, że nie uroni ani łzy. Martin jako pierwszy mnie przytulił, a ja uśmiechnęłam się od ucha do ucha widząc go w garniturze.
-No, teraz jesteś facet!- zachichotałam i wręczyłam mu pudełeczko. -Mam dla ciebie bojowe zadanie.- otworzyłam je delikatnie i wskazałam na dwie obrączki. -Chciałabym, abyś je nam wręczył na ceremonii. Pastor wszystko ci wyjaśni.- spojrzałam na niebieskie tęczówki chłopca, a on pokiwał żwawo główką. -Super.
Kiedy mama podeszła do mnie z tatą, sama zaczęłam się rozklejać.
-O NIE, OOO NIE, NIE, NIE!- krzyczała Margaret, odrywając mnie z ramion taty. -Zero płaczu, cała moja robota pójdzie w pizdu!- warknęłam, poprawiając pudrem moje policzki. Uśmiechnęła się, kiedy wszystko było już tak, jak trzeba i zaczęła zbierać swoje rzeczy.
-Tak bardzo jesteśmy z ciebie dumni, kochanie.- westchnęła mama, ocierając chusteczką krople spływające po policzku.
-Wiem, mamuś. Kocham was.- przytuliłam ich, kiedy ktoś znów zaczął dobijać się do mieszkania. Oh, drzwi się nie zamykają.
-Dzień dobry, limuzyna czeka, panno MacCartney.- powiedział recepcjonista i zniknął.
-UWAGA! TO WAŻNA CHWILA!- klasnęła w ręce Rosalie. -CZAS JECHAĆ DO KAPLICY!- i wtedy każdy zaczął wychodzić z mieszkania. Jako ostatnia wyszłam ja i sprawdziłam, czy wszystko wzięłam. Welon? Jest! Obrączki? Są! Chusteczki? Są! Kwiaty? Są! No to zamykamy drzwi i idziemy się dobrze bawić...

~***~

-Tato, tylko proszę cię, trzymaj mnie, bo naprawdę nie wiem, jak ja dojdę do ołtarza. Tak bardzo się stresuję, że nie czuję nóg!- bełkotałam przed kaplicą, kiedy ostatni goście wchodzili do środka.
-Kochanie- odwrócił mnie w swoją stronę. -uspokój się. Przede wszystkim pamiętaj o wdechu i wydechu. Licz do dziesięciu, uśmiechaj się do gości i bądź szczęśliwa! To się teraz liczy, rozumiesz?- przytaknęłam głową i mocno go przytuliłam.
-Dziękuję, tato.- wróciłam na swoje miejsce, poprawiłam welon, suknię i kwiaty, wzięłam parę uspokajających wdechów i stanęłam przed drzwiami kaplicy. Kiedy usłyszałam marsz Mendelsona, serce  podskoczyło do gardła. To się działo naprawdę! Wychodzę za mąż za Justina! Mojego najukochańszego Justina Biebera....
Drzwi nagle się otworzyły, a ja ścisnęłam mocniej ramię ojca. Chwileczkę staliśmy tak w miejscu, kiedy wreszcie ruszyliśmy długim, białym dywanem. Uniosłam wzrok znad stóp i zobaczyłam go. Idealnie dopasowany, czarny garnitur, biała koszula i czarna muszka. Włosy postawione do góry, jak zawsze i zniewalający uśmiech. Widząc go sama się rozluźniłam. Wreszcie doszłam do niego, a on ujął moją dłoń i delikatnie ją pocałował. Miałam świeczki w oczach.
-Para młoda postanowiła ułożyć własną przysięgę małżeńską, więc wysłuchajmy ich. Justinie...- mikrofon został przystawiony do jego ust, a my automatycznie odwróciliśmy się do siebie.
-Carlo...- złapał moją prawą dłoń i uniósł do góry. W tej samej chwili podszedł do nas mój braciszek z poduszeczką na rękach, gdzie były dwie, złote obrączki. - Przysięgam być przy tobie do końca swoich dni. Przysięgam, że będę zwalczać z tobą wszystkie problemy. Nie opuszczę cię w potrzebie. Zawsze będziesz mogła ze mną porozmawiać. W zdrowiu i w chorobie, w ubóstwie i bogactwie. Przysięgam, że zawsze z tobą będę i będę cię kochać tak bardzo, jak tylko moje serce zdoła kochać. Amen.- wsunął złoto na palec i spojrzał mi prosto w oczy, co lekko mnie ścięło z nóg. Otarłam opuszkami palców łzy i zachichotałam.
-Te emocje..- skomentowałam cicho i drżącą ręką złapałam obrączkę.- Justinie...- spojrzałam na jego karmelowe tęczówki i przełknęłam ślinę. -Przysięgam być przy tobie do końca swoich dni. Przysięgam, że będę zwalczać z tobą wszystkie problemy. Nie opuszczę cię w potrzebie. Zawsze będziesz mógł ze mną porozmawiać. W zdrowiu i w chorobie, w ubóstwie i bogactwie. Przysięgam, że zawsze z tobą będę i będę cię kochać tak bardzo, jak tylko moje serce zdoła kochać. Amen.- wsunęłam obrączkę na palec i znów otarłam łzę.
-Co Bóg złączy, człowiek niech nie rozdziela. Na rękach tego kościoła właśnie zostaliście małżeństwem. Może pan pocałować pannę młodą.- na twarzy Justina wdarł się ogromny uśmiech i od razu objął mnie ramionami i namiętnie pocałował na oczach gości. Nie czułam takiego skrępowania, jakie normalnie bym odczuwała. Teraz liczyło się to, że jestem z facetem, którego naprawdę kocham i zawsze tak już będzie. Panna MacCartney ma dożywotnie wakacje, a na jej miejsce wkracza nowa, dojrzała Pani Bieber. W tej chwili organista zaczął grać Hallelujah, a zebrani ludzie opuszczali kaplicę.
-W końcu moja.- wyszeptał mi do ucha Justin.
-W końcu twoja.- mruknęłam w szyję i mocno go przytuliłam. Wtedy nagle podniósł mnie do góry i mozolnym krokiem ruszył znów wzdłuż białego dywanu. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz kuzynki wypuściły gołębie, wujkowie wystrzelili confetti, a dzieci rzucały ryżem.
-Więc, pani Bieber.. Niechaj zabawa się rozpocznie.
-I wieczność u twojego boku.- powiedziałam, uśmiechając się do niego. Spostrzegłam, że w oczach Justina tańczy euforia i radość. To nie były już iskierki, to były małe pochodnie! Pod kościół podjechał długi, stary mustang.
-O jeju! Załatwiłeś!!!- krzyknęłam przejęta i jednocześnie strasznie ucieszona.
-Wszystko, aby ten dzień był wyjątkowy!- postawił mnie na ziemi i otworzył przede mną drzwi. Pomachałam na pożegnanie wszystkim i wsiadłam do samochodu. Justin zrobił to samo i zajął miejsce obok. W powietrzu unosił się rozkoszny zapach skóry, a z radia leciało właśnie "What a wonderful world" Amstronga. Uśmiech, jaki tkwił na mojej twarzy już od jakiś 15 minut powodował, że odczuwałam już jakiś ból w policzkach, ale mimo wszystko mi to nie przeszkadzało. Wtuliłam się w ramię Justina i cicho podśpiewywaliśmy tekst piosenki.
-Pani Bieber...- wyszeptał, jeżdżąc kciukiem w górę i w dół po ramieniu.
-Panie Bieber...- przygryzłam dolną wargę i uniosłam się, aby go pocałować. -Kocham.cię.- powiedział między pocałunkami.
-Ja ciebie też.- westchnęłam, kiedy samochód się zatrzymał. -Jesteśmy!- zawołałam i klasnęłam w ręce. Momentalnie zrobiło mi się niedobrze. Chciałam jednak zignorować to uczucie i skupić się na pierwszym tańcu.
-Pamiętasz kroki?- zaśmiał się Justin, chwytając mnie za rękę. Pokiwałam głową i znów pocałowałam go w policzek. Kiedy weszliśmy do sali, wszyscy zaczęli nam śpiewać sto lat, a kelner podał dwa kieliszki z szampanem. Zaczęliśmy się kiwać w rytm ich melodii, a kiedy skończyli, podziękowaliśmy, a kierownik imprezy wyjaśnił, że teraz musimy wypić szampana i roztrzaskać kieliszki.
-Do dna, proszę pana.
-Do dna, proszę pani.- skinęliśmy głowami i kiedy oboje opróżniliśmy kryształ, rzuciliśmy go za siebie, a one rozprysły się na boku.
-Będą bliźniaki!- poinformował DJ, a ja wywróciłam oczami, następnie wybuchając śmiechem. -Młoda para szlifowała swój pierwszy taniec już od tygodnia. Mówiłem im, że potrafią tańczyć bez tego, ale tak się uparli, że i tak ćwiczyli. Więc teraz zróbcie kółeczko i towarzyszcie im w tym magicznym dniu!- i rozbrzmiało "All this time". Położyłam rękę na jego ramieniu, oparłam lekko głowę o zgięcie szyi z barkiem i zaczęliśmy się kołysać. Początek miał być najprostszy, jaki sobie wymarzyliśmy. Dopiero, kiedy wokalista zaczął śpiewać refren Justin uniósł mnie do góry, a ja wyciągnęłam ręce w stronę nieba. Później delikatnie osuwał mnie w dół, a ja ujęłam jego twarz w dłonie i pocałowałam. Zaczęliśmy tańczyć po całej sali, jak zawodowy tancerze. Czułam się jak motylek. Ciągle patrzyłam na Justina, który również nie spuszczał ze mnie wzroku. Na sam koniec pochylił mnie nad ziemią, a goście zaczęli nam wiwatować. Miłość wylewała się ze mnie z każdej strony i jedyne, co chciałam robić, to uśmiechać się do każdego i pokazywać, jak cholernie jestem szczęśliwa i kocham tego pana obok.
Nadszedł czas składania życzeń, więc ustawiliśmy się przy scenie, a rodziny przed nami. Słuchałam każdego uważnie, jak życzą mi chmary dzieci, wytrwałości i wiecznej młodości. To było słodkie. Na sam koniec zostali nasi najbliżsi. Wysłuchałam kazania od mamy na temat dzieci, ale widząc jej łzy nie mogłam się denerwować. Sama w pewnej chwili się popłakałam i mocno ją przytuliłam. Tata znów mówił, że od początku na to czekał. Jego jedyna córeczka wyszła za mąż i jest dorosłą kobietą. Podziękował Justinowi za wszystko, co dla mnie zrobił i również go przytulił. Niespotykany widok! Później podeszła do nas Jazzym i mocno mnie przytuliła.
-Boże, jak się cieszę, że należysz do naszej rodziny! W końcu Justin wybrał kogoś, kto jest niesamowity. Witamy w rodzinie, kochanie!- znów rzuciła mi się na szyję i pocałowała. Potem życzenia składał nam Jaxon.
-Wiem, byłem niezłym dupkiem na początku, ale siora, wierz mi, nie dotknę cię już w żaden inny sposób, jak w taki..- i mnie przytulił, co było niesamowite z jego strony.
-Justin, nie spierdól chociaż tego i bądź z nią do końca. To najlepsza kobieta, jaką mógł ci dać ten na górze.- klepnął go w ramię i odszedł. Teraz podszedł do nas tata Justina. Oczywiście się wzruszył, przez co po chwili do niego dołączyłam.
-Cholera! A miałam już nie płakać.- mruknęłam z uśmiechem na twarzy. Jeremy życzył nam szczęścia, zdrowia i miłości. Powiedział, że nic więcej nam nie trzeba, by zaznać prawdziwego raju na ziemi.

Dochodziła jedenasta, więc musiałam coś zrobić. Od dziecka marzyłam, aby na swoim weselu zaśpiewać. Byłby to pierwszy raz, kiedy śpiewałabym przed kimkolwiek. Podbiegła do mnie Rosalie i pociągła na bok.
-Godzina!!! To już teraz..- popchnęła mnie delikatnie w stronę sceny, a serce podskakiwało mi do gardła. Odwróciłam się w stronę Justina i pokazałam, aby zaczekał.
-Panna młoda ma wam coś do powiedzenia.- oczy wszystkich tu zebranych spoczęły na mnie.
-Em.. Mam nadzieję, że dobrze się bawicie i nie ogłuchniecie po tym, co zrobię. Przełamuję swoje lęki przy tobie, Justin. To dopiero początek naszej wieczności, kochanie.- uśmiechnęłam się ciepło w jego stronę, a on rozsiadł się na krześle i bacznie mnie obserwował. Kiwnęłam głową w stronę DJ, a on puścił podkład piosenki, którą miałam zaśpiewać. Wszyscy zaczęli kołysać się w rytm znanej im piosenki.
-If I should stay. I would only be in your way. So I'll go but I know I'll think of you every step of the way. And I will always love you.- po policzku spłynęła pierwsza łza od dłuższego czasu. Usłyszałam wiwat, a ja momentalnie się rozluźniłam. Zaczęłam śpiewać pewniej, a głos drżał mniej. Kiedy skończyłam "I will always love you" zobaczyłam, jak Justin zaczyna biec w moją stronę. Wdrapał się na scenę i mocno wpił się w moje usta. Wszyscy zaczęli piszczeć i klaskać, a ja zarzuciłam na niego swoje ręce.
-Niespodzianka.- mruknęłam dumnie.
-Najlepsza.- i znów mnie pocałował.

~***~

Tuż po oczepinach i torcie zaczęło panować zamieszanie na sali. Scena została zasłonięta, w na niej krzątało się pełno ludzi, których my nie widzieliśmy.
-Co się dzieje?- spytałam wystraszona Justina, a on wzruszył ramionami. -Miało być idealnie, a przez nich już nie będzie!- strach ogarnął moje ciało, a przełącznik z PANIKĄ się uruchomił. -Boże, co oni robią?!
-Carla, shh... Uspokój się. Może awaria, czy coś. Spokojnie.- uspokajał mnie Justin i położył na udzie swoją dłoń. Westchnęłam ciężko i obserwowałam to, co się dzieje. Nagle wszystkie światła zgasły.
-NO JESZCZE TEGO BRAKOWAŁO, ŻEBY PRĄDU ZABRAKŁO.- warknęłam oburzona, a goście zaczęli coś między sobą szeptać. Wtedy usłyszałam pukanie w mikrofon, a szmata, która zasłaniała scenę opadła. Reflektory świeciły prosto na nią, a tam stała..
-O!MÓJ!BOŻE!- zaczęłam krzyczeć niedowierzając w to, co widzę. I nim zdążyłam to jakkolwiek skomentować, Justin ciągnął mnie już pod scenę. Piosenkarka zaczęła śpiewać "Best thing I never had", a my razem z nią, kołysząc się w rym piosenki. Później wykonała "Halo", "Crazy in love", "Irreplaceble" oraz "Drunk in love".
-Dziękuję za zaproszenie Justin. Macie niesamowite wesele. Wytrwajcie do końca. Miłości, spokoju, zdrowia i gromadki dzieci wam życzę. Kocham was. Bawcie się dobrze!- zawołała na koniec i zeszła, by podejść i nas przytulić.
-Nie wierzę. Moje największe marzenie weselne się spełniło!- zawołałam, kiedy już się odsunęłam od wokalistki.
-Kochana cieszę się, że sprawiłam tyle radości, ale teraz muszę lecieć. Macie ode mnie drobny prezent.- jej ochroniarz podał jej prostokątne pudełeczko, które później wręczyła nam. -Kochajcie się. Pa!- i zniknęła za ochroniarzami.
-To twoja sprawka?!- spojrzałam na dumnego Justina. -I nic mi nie powiedziałeś, kiedy ja już wyzywałam koło stołu, że psują nam wesele?- ten znów przytaknął, a ja wypuściłam głośno powietrze z płuc. -NIENAWIDZĘ CIĘ ZA TO TAK BARDZO, JAK CIĘ KOCHAM.- i pocałowałam go w podzięce za to, co dla mnie dzisiaj zrobił. Zdecydowanie najlepszy dzień mojego życia. Kocham tego wariata jak nikogo innego.

Auto podjechało po parę młodą, a oni dostali właśnie swoje walizki. Przed nimi miesiąc miodowy. Będą zwiedzać różne zakątki świata i spędzą ze sobą calutki miesiąc bez przerwy. Pożegnali się ze wszystkim i wsiedli do pojazdu. Justin patrzył na zmęczoną Carlę, a jego serce biło z sekundy na sekundę szybciej. W końcu jest jego i tylko jego. Kochał ją i był tego stuprocentowo pewny. Nie wyobrażał sobie bez niej życia. Liczyła się tylko ona i żadna inna. Carla natomiast obserwowała migocące latarnie nie mogąc uwierzyć w to wszystko, co się dzisiaj wydarzyło. Wyszła za mąż. Nie jest singielką, tylko jest żoną! Była gotowa założyć rodzinę, rzucić wszystko, byleby być z Justine, do końca życia. Pierwszy przystanek: San Francisco!

___ 
OGŁOSZENIA PARAFIALNE
Przed Wami ostatni rozdział. Epilog i koniec!
Co sądzicie o weselu Carli i Justina? :)
Przy epilogu podam kilka informacji, którymi chcę się z Wami podzielić.
Liczę na większą liczbę komów. Chociaż te 5...
Przepraszam za błędy, ponieważ nawet nie sprawdzałam... ;/ 
Do następnego!  ♥
 LINKI:

14.06.2015

Rozdział 21.

5 komentarzy:
Wycieczka po stajni i krótka przejażdżka okazała się być najlepszym sposobem spędzenia wolnego czasu z rodziną. Martin był zafascynowany kucykami, a mama z tatą postanowili udać się na wspólną, romantyczną podróż, goniąc zachód słońca.
-Zmęczona?- spytał Justin, spoglądając na moje ciężko opadające powieki. Pokiwałam głową i wtuliłam się w jego ramię, pozwalając oczom odpocząć. -Dobrze księżniczko. Więc śpij.- wziął mnie na ręce i niosąc do samochodu, który już podjechał cmoknął w czoło i usadził na skórzanej sofie.
-A rodzice?
-Osobna limuzyna, śpij.- odpowiedział automatycznie i zniknął a moment z mojego punktu widzenia. Dostrzegłam jednak, że żegnał się z mamą, tatą i Martinem, przez co na twarzy zawitał wielki uśmiech. Słodki, przeuroczy Justin nie dość, że zatroszczył się o mnie, to jeszcze o rodziców. Pięć minut później siedział już ze mną i jechaliśmy z powrotem do Nowego Jorku.
-Podoba mi się tu.- westchnęłam, wtulając się w tors mężczyzny. -Ładny dom, stajnia z końmi, tor do jeżdżenia na nich.. I spokojna rodzina.
-Mi też się to podoba. Jestem zmęczony tą pracą...- przyznał i objął mnie delikatnie rękami. "Może zwolnijmy?" pomyślałam. Rzucić tą pracę, wyjechać, kupić dom, stajnie, konie, założyć rodzinę i żyć długo i szczęśliwie. Możemy? Oczywiście, że tak. Jesteśmy milionerami. Wystarczy jedna informacja, że chcemy sprzedać firmy, a znajdzie się setki osób zainteresowanych ich kupnem. Bonn jest jednym z najlepszych wydawnictw w Nowym Jorku, a mój magazyn kupowany jest na całym świecie, Czego chcieć więcej?
Byłam tak pochłonięta myślami, że nawet nie zauważyłam, kiedy byliśmy już na miejscu.
-Słyszałem, że byłaś śpiąca..- mruknął Justin, wysiadając z limuzyny i podając mi rękę. Objęłam ją i również wysiadłam, żegnając się z Taylorem.
-Bo byłam, ale naszło mnie na głębokie przemyślenia i się rozbudziłam.- uśmiechnęłam się słodko do niego i cmoknęłam w policzek. -Kocham cię.- rzuciłam radośnie. Bieber zatrzymał się, zmarszczył w rozbawieniu brwi i patrzył na mnie z niedowierzaniem.
-Chyba te twoje przemyślenia nieźle cię nastroiły.- zachichotał i w końcu weszliśmy do budynku. Sunęliśmy na samą górę, co chwilę się śmiejąc. Kiedy weszliśmy do jego mieszkania zobaczyłam, że trochę się pozmieniało. Zamiast zimnych, nowoczesnych akcentów zawitały ciepłe obrazy, fotografie i kwiaty. Ściany z szarych przemalowano na kawowe, beżowe i karmelowe.
-Oh, kiedy ja tu byłam ostatnio?- spytałam, rozglądając się dookoła.
-Dwa dni temu, skarbie.- szepnął mi do ucha i złożył czuły pocałunek przy nim.
-Skąd te zmiany?
-Chcę, aby całe moje życie się zmieniło. Już dwie rzeczy zmieniłem.
-Ale mnie nie zmienisz, prawda?
-Nie. Ty już jesteś moją zmianą, kochanie.- przyciągnął mnie do siebie i spojrzał prosto w oczy. Nogi momentalnie zrobiły się jak z waty. Uwielbiałam sposób, w jaki na mnie patrzy, a w tym momencie powodował, że traciłam jakikolwiek kontakt ze światem. Zarzuciłam na niego ręce, a on nie czekając dłużej przygwoździł mnie do ściany i zaczął namiętnie całować.Odwzajemniałam każdy atak, oddawała się cała. Pragnęłam go właśnie teraz. Nic innego się nie liczyło. Przygryzłam jego wargę i pociągnęłam w swoją stronę, w tym samym czasie ciągnąc jego włosy. W odpowiedzi na to dostałam głęboki jęk, a podniecenie wzrosło.
-Chcę.się.z.tobą.kochać.teraz.- mówił między składanymi pocałunkami na mojej szyi. Odchyliłam głowę do tyłu i dałam większy dostęp do klatki piersiowej. Nagle uniósł mnie do góry, a ja momentalnie oplotłam go nogami w pasie. Zaczął nas kierować na górę, a następnie do sypialni. Czułam, jak twardniał. Wreszcie kiedy drzwi się zamknęły stanęłam na nogach i błyskawicznie zaczęliśmy się nawzajem rozbierać. Jego ciało było cudowne. Mięśnie idealnie komponowały się z tatuażami, a parę włosków na klatce piersiowej dodawały uroku. Zaczęłam mierzwić jego włosy, przyciskając go do siebie jeszcze bardziej. Rozpoczął rozkoszną podróż od mostka w dół, drażniąc palcami moje sutki. Wyginałam się w łuk z rozkoszy, a on przeniósł swoje dłonie niżej. Ścisnął pośladki i delikatnie osunął majtki. Moje ręce zaś drapały Justina plecy, następnie zjechały w dół i powtórzyły jego ruch. Chwilę później przestał robić cokolwiek i spojrzał bacznie na mnie.
-Carlo MacCartney. Nigdy nie sądziłem, że spotkam taką kobietę, przez którą skończę ze swoim życiem towarzyskim, bo będę pragnął tylko jej. Jesteś tą właśnie kobietką, która wywróciła moje życie do góry nogami. Nikogo nie kocham tak bardzo, jak ciebie i zapewniam, że już nigdy nie pokocham..- patrzył mi prosto w oczy, co chwilę się uśmiechając. -Chyba, że będą to nasze dzieci.- na te słowa moje serce roztopiło się, a do oczu napłynęły łzy. Uniosłam się do góry i wpiłam w jego usta,wylewając tym samym wszystkie swoje uczucia na wierzch. Potem poczułam, jak we mnie wchodzi, delikatnie, spokojnie... Ciągle myślałam o tym, co powiedział. On poważnie myśli o założeniu ze mną rodziny. O Chryste..
Poranny powiew wiaterku i słońce przedzierające się przez okna apartamentu obudziły mnie z najlepszego snu jaki w życiu miałam. Byłam żoną Justina, mieliśmy gromadkę dzieci, a szatyn bardzo się nimi opiekował. Najlepszy ojciec, jaki mógłby być. Siedzieliśmy na kocu, na plaży. Karmiłam najmłodszą dziewczynkę, a Justin biegał z chłopcem i puszczał latawca. Wygłupiali się, nosił go na rękach i co chwilę całował. Wyglądał jak młodzieniec z bratem, a nie ojciec z synem. Ile bym dała, aby ten sen trwał wiecznie...
-Witam kochanie.- usłyszałam zamykanie drzwi i momentalnie spojrzałam w ową stronę. Bieber stał z tacą w rękach. Uśmiechnęłam się do niego i uniosłam do góry. -Jak się spało?
-Najlepiej.- mruknęłam, kiedy Justin ustawił tacę na moich kolanach. -A tobie?
-Prawie całą noc nie spałem.- wzruszył ramionami, a kiedy znów na jego twarzy zawitał uśmiech, dostrzegłam lekkie zmarszczy ze zmęczenia w okolicach oczu. -Ale jestem tak żywy, jak nigdy.- pocałował mnie i usiadł obok. -I proszę, nie patrz się tak na mnie...- westchnął, a ja wywróciłam oczami i wzięłam do ręki tosta. Zaczęłam go gryźć i patrzyłam nadal na szatyna.
-O czym myślałeś?- powiedziałam z pełną buzią i upiłam trochę herbaty.
-O nas. I doszedłem do wniosku, że nie mogę zwlekać.- sięgnął ręką pod poduszkę i wyjął spod niej małe pudełeczko. Otworzyłam szeroko oczy i prawie wylałam herbatę na posiłek. Zaczęłam się krztusić kawałkiem tosta, a Justin błyskawicznie poklepał mnie po plecach. Nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje i kiedy już mniej si krztusiłam, zaczęłam płakać.
-Kochanie, wszystko okej?- spytał, a jego oczy były tak wystraszone, że chciało mi się płakać jeszcze bardziej.
-Oh Justin...- zaszlochałam i otarłam łzy rękami.
-Więc.. Wracając do tej ważnej sprawy.. Chciałem to zrobić wczoraj, kiedy byliśmy w stajni, ale byłaś zmęczona, więc odłożyłem to na dziś.- otworzył pudełeczko, wziął moją dłoń, oblizał palce z ketchupy i z chmarą iskierek w oczach spojrzał na mnie. -Carlo MacCartney, nie jestem dobry w takich sprawach, więc po prostu się zapytam, czy uczynisz mnie tym szczęśliwcem, który za ciebie wyjdzie i będzie z tobą do końca życia?- mój płacz zamienił się w ryk. Pokiwałam głową, a kiedy nałożył mi na palec piękny, delikatny pierścionek z diamencikiem, rzuciłam mu się na szyję i przytuliłam najlepiej, jak umiałam. Nie zwracałam uwagi na to, że jedzenie, jakie było na tacy, teraz porozwalane było na łóżku. Jestem cholerną szczęściarą.
-Już zawsze tak będzie?- spytałam z nadzieją w głosie, patrząc na jego piwne tęczówki. Nigdy wcześniej nie widziałam tyle iskierek w nich, co teraz. Oboje byliśmy przepełnieni szczęściem.
-Zawsze, kochanie.- szepnął i znów mnie pocałował.

*Dwa tygodnie później*
-Gotowa?!- zawołała radośnie Rosalie. Uniosłam brew, zupełnie zdezorientowana jej pytaniem. -No nie udawaj głupiej! Wieczór panieński!- klasnęła w dłonie, a mnie olśniło. No tak! Dziś piątek, a jutro ślub... Cholera, ten czas leci zbyt szybko. -To ostatnie godziny, kiedy możesz jeszcze poszaleć, bo potem będzie już tylko niańczenie dzieci, prasowanie koszul, gotowanie obiadków i inne takie. Wiesz, o co mi chodzi..- zaśmiała się, a ja pokiwałam bezradnie głową.
-Więc jakieś pomysły?- poprawiłam się na kanapie, a ona poruszała jednoznacznie brwiami. -Nie...
-NIESPODZIANKA!- krzyknęły nagle jakieś kobiety, a kiedy się odwróciłam dostrzegłam starych znajomych. Była nawet Maria!
-To nie wszystko..- na słowa Rosalie do drzwi zaczął ktoś mocno walić. Wstałam, lekko przestraszona i pognałam je otworzyć. Stał w nich policjant z notesem w ręku.
-Tak..?
-Dobry wieczór. Pani to Carla MaCartney?- pokiwałam grzecznie głową, a on coś odnotował. -Jestem w sprawie Justina Biebera. Można wejść?- serce podskoczyło do gardła, ale mimo wszystko starałam się zachować zimną krew.
-Czy on coś zrobił? Coś mu się stało?- wypytywałam, a kiedy mężczyzna zobaczył tłum kobiet, uniósł brew.
-Możemy porozmawiać na osobności?- spytał, a ja pokiwałam grzecznie głową i poszliśmy do gabinetu.
-Czy wszystko z nim w porządku?!- do oczu napływały już łzy. Byłam przerażona.
-W jak najlepszym.- mruknął i zaczął się rozbierać. Rozdarł górę stroju, rzucił ją na bok, a sprzęt policyjny odłożył na blat biurka.
-Łoooł! ŁOOOŁ! Chwila!- zaczęłam panikować, kiedy do środka wbiła Rosalie z Barbarą.
-NIESPODZIANKAA!- krzyknęły, a w tle zaczęła lecieć jakaś piosenka, do której poruszał się owy policjant... Striptizer. Zaczęłam się śmiać i obserwować ciało faceta. Nagle wystrzeliły confetti, a striptizer usadził mnie na krześle. Potem stanął przede mną okrakiem i zaczął się wić jak wąż. Śmiałam się i jeździłam dłońmi po jego umięśnionej sylwetce. Najlepszy wieczór panieński świata!
Kiedy facet w końcu opuścił moje mieszkanie, dziewczyny poprosiły, abym przymierzyła suknię ślubną. Zaprezentowałam się im, a one klaskały z zachwytu w ręce. Później siadłyśmy wszystkie na dywanie i otworzyłyśmy butelki win.
-Mamy dla ciebie prezenty.- zaczęła Barbara. Wręczyła mi nieduże pudełko, a ja patrzyłam na nią jak na kretynkę.
-Spoko, nie dość, że załatwiłyście striptizera, to jeszcze prezenty?!
-Nie maruudź, tylko otwieraj!- nakazała ostro przyjaciółka, a ja wywracając oczami posłusznie wykonałam polecenie. W środku znajdował się skąpy strój z Victoria's Secret.
-Justinowi na pewno się spodoba..- mruknęła kobieta, a ja zaczerwieniłam się na samo wyobrażenie sobie jego miny. O cholera, to będzie niezapomniany widok. W następnych pudełeczkach były gadżety erotyczne. Jakieś kajdanki, pejcze, kostiumy, gumki itd. Na końcu był jeden, ogromny karton.
-A to już nie od nas, ale od twojej mamy.- zaśmiała się Rose, a ja zaskoczona uniosłam brew do góry. Kiedy zobaczyłam, co jest w środku od razu westchnęłam. Pełno śpioszków, zabawek i innych rzeczy dla dziecka, a na samym wierzchu leżała karteczka. Uniosłam ją do góry i przeczytałam treść na głos:
"Moja nie tak mała córeczka zaraza wychodzi za mąż. Pewnie myślicie o założeniu rodziny, dzieciach, własnym domu i dalszym życiu. Na start daję ci parę zabawek i przydatnych rzeczy dla dziecka. Może jesteś już w ciąży, może nie, ale mimo wszystko miej to na wszelki wypadek. Nie sądzę, że zabraknie Wam kiedyś pieniędzy i sami sobie tego nie kupicie, ale to taki po prostu podarunek ode mnie. Kocham Cię, moja malutka Car i pamiętaj: facet, który szanował Cię od początku, będzie szanował Cię do końca. Twoja mama."
Kiedy to przeczytałam, otarłam łzy i włożyłam list z powrotem do środka.
-Nie jesteś w ciąży, nie?- spytała Rosalie, a ja cicho się zaśmiałam.
-Nie, nie jestem.- odchrząknęłam i podziękowałam każdemu za prezent. Później pożegnałam się z przyjaciółkami i ruszyłam pod prysznic. Przede mną wielki dzień.
___
OGŁOSZENIA PARAFIALNE
Przepraszam, że tak długo nie było rozdziału, ale po prostu mnie ciągle nie ma w domu i nie mam przez to kiedy napisać cokolwiek na bloga.
Komentarzy tak mało... Eh. Smutno troszeczkę, bo czuję się tak, jakby nikomu na tym blogu nie zależało.
Przed Wami jeszcze tylko Rozdział 22. i Epilog! Tak, dochodzimy do końca historii Carly. 
Zapraszam Was na nowe blogi. Linki do nich podam niżej ;)
Pamiętajcie o WATTPAD. Link do mojego konta niżej.
No i przepraszam za jakiekolwiek błędy, ale nawet nie sprawdzałam. Przepraszam :( 
LINKI:
*LINK DO DANGEROUS*
*LINK DO WATTPAD*

czytasz=komentujesz.

01.06.2015

Rozdział 20.

5 komentarzy:
-I to wszystko działo się na terenie domku, z którego się wydostałaś?- upewnił się funkcjonariusz i zanotował coś w wielkim notesie. -Chcesz coś jeszcze dodać?
-Nie.- odparłam, poprawiając skrawek sukienki. Następnym przystankiem był psycholog. Ten również nie szczędził pytań: jak się czuję, czy mnie coś boli, czego się teraz boję, czy odczuwam niebezpieczeństwo, itd. Po upływie trzech godzin opuściłam gabinet psychologa z receptą na leki antydepresyjne i wyszłam przed budynek. Dziękowałam Bogu, że to się skończyło. Rozmawiać o tym wszystkim, co się działo TAM i jak się z tym czuję było ostatnią rzeczą, jaką chciałam zrobić.
Wykonałam jeden telefon i w przeciągu pięciu minut podjechało po mnie auto. Przywitałam się z Taylorem i porozmawiałam o przyziemnych sprawach. Spytałam o jego rodzinę, o dzieci i zadowolenie z wykonywanego zawodu. Rozmowa trwała aż do przyjazdu pod adres, którego w sumie nie podałam.
-Justin kazał panią
-Carla!- przerwałam, udając oburzoną.
-Dobrze.. Więc Justin kazał cię przywieść do siebie.- spojrzał w lusterko wsteczne, jednoznacznie dając do zrozumienia, że nie mogę mu zaprzeczyć, ani zmienić rozkazu, bo to Bieber mu płaci. Westchnęłam ciężko, klepiąc go w ramię na pożegnanie i wysiadając z samochodu pomachałam mu po raz ostatni. Skierowałam się do hallu głównego i przywitałam z obsługą. Każdy serdecznie uśmiechał się w moją stronę, doskonale pamiętając starą, skromną Carlę. Sunęłam windą, nerwowo stukając paznokciem o metalową rurkę i dmuchając w swój własny nos, aby bez pomocy rąk odgonić kosmyki włosów. Wreszcie znalazłam się na piętrze Biebera, więc weszłam do środka, rozglądając się niepewnie po mieszkaniu. Słyszałam cichy, delikatny dźwięk pianina i głos Justina. Chryste, śpiewał jak anioł. Zakradłam się po cichu, ciągle nadsłuchując słów, które wypływały z jego ust. Tekst był o zranionym mężczyźnie, który wciąż kocha swoją wybrankę. Ta zaś go zostawiła, a teraz wróciła i jego uczucia odżyły na nowo, kiedy wyznała mu miłość. O cholera.. Piosenka jest o nas. Na śmierć zapomniałam o tym, że powiedziałam mu wczoraj "kocham cię".
-Eghem.- odchrząknęłam wreszcie, wyrywając go tym samym z transu. -Jestem.
-Długo cię tam trzymali.- zerwał się na proste nogi i zaczął iść w moją stronę. Kiedy znalazł się dostatecznie blisko, wyszłam mu na spotkanie i zarzuciłam ręce na szyję, chcąc go mocno przytulić. Szatyn z początku był zaskoczony tym śmiałym ruchem, ale po chwili objął mnie w pasie i przysunął jeszcze bliżej do siebie.
-Tęskniłem za tym.- wyszeptał we włosy i lekko przejechał po plecach. -Za tobą.- dodał po chwili, odsuwając się kilka centymetrów.
-Ja też, Justin.. Bardzo.- kończąc to zdanie wpiłam się w jego miękkie, zaróżowione usta i wplątałam palce we włosy. Po paru minutach delikatny pocałunek przerodził się w zachłanny i namiętny bój o dominację. Ostatecznie Justin oderwał się na moment ode mnie, stykając głowy nosami.
-Czyli to znaczy, że zaczynamy od nowa?- wyszeptał, trzymając moją twarz w dłoniach. Pokiwałam tylko entuzjastycznie, przygryzając dolną wargę i znów go pocałowałam. Potrzebowałam takiej bliskości. Nie od innego faceta, jak od Justina. Przerwaliśmy jednak słodkie całusy, ponieważ mogłoby to zajść za daleko.
-Chodź- chwycił moją dłoń i pociągnął w stronę kuchni. -czas na kolację.
Siedzieliśmy w jadalni i zajadaliśmy się klasycznym homarem z wody. Na deser gosposia przygotowała tort angielski w ogniu i szampana.
-Nie wracam dziś do domu?- spytałam, upijając łyk napoju z bąbelkami.
-Yhmy.- odchrząknął z pełną buzią i uważnie mi się przyjrzał. -Jedz- przełknął i wskazał na mnie- jesteś strasznie chuda. Tak być nie może.- wywróciłam oczami na jego słowa i znów napiłam się szampana. Grałam na zwłokę, dłubiąc widelcem w cieście i ignorując cięte spojrzenia szatyna. Słyszałam, jak wzdychał poirytowany moim zachowaniem, na co ja wywracałam oczami i tak właśnie przebiegła kolacja do końca.
-Nakarmię cię zaraz.- wstał od stołu, zabierając swój talerz. Źrenice rozszerzyły się do granic możliwości, kiedy dostrzegłam sposób, w jaki na mnie patrzył.
-Uspokój się, dobrze? Nie jestem głodna.- również wstałam, biorąc swój talerz i omijając go. Nie odezwał się już słowem. Wyszłam więc na taras, aby się przewietrzyć i spojrzałam na tonące w mroku miasto. Nowy Jork jest piękny i zawsze tak uważałam. Ludzie krążyli po ulicach Manhattanu i prawdopodobnie kierowali się na imprezy, w końcu piątek.
-Przepraszam, Car..- usłyszałam cichy, przygnębiony głos. Dłonie oplotły mój brzuch i poczułam, jak Justin przylega do mnie niepewnie. -Po prostu lekarze powiedzieli, że nie masz za dobrych wyników i powinnaś więcej jeść. Stąd moje nerwy, kiedy nie zjadłaś prawie nic.
-Justin..- westchnęłam, odwracając się do niego twarzą. -Rozumiem, że się martwisz, ale czuję się okej. Zaufaj mi. Poprawię się...Kiedyś.- zachichotałam i cmoknęłam go w usta. Tkwiłam jednak w uścisku, wsłuchując się w rytm bijącego serca. Przyspieszało ono z sekundy na sekundę, a ciepło, jakie od niego biło, ogrzewało mnie w ten chłodny wieczór.
-Chodźmy do środka.- wyszeptał i złożył pocałunek na czubku głowy. Splatając nasze dłonie skierowaliśmy się do salonu, usiedliśmy na skórzanej sofie i włączyliśmy TV.
-Justin?
-Hm?- rzucił krótkie spojrzenie w moją stronę i uśmiechnął się pod nosem.
-Co to była za piosenka, którą śpiewałeś?- mężczyzna od razu się zmieszał i odwrócił wzrok w inną stronę, by nie napotkać mojego. Odchrząknął i jak gdyby nigdy nic, nadal skakał po kanałach. -Nie wiedziałam, że potrafisz tak pięknie śpiewać!- kontynuowałam, kiedy Bieber nie odpowiadał. -Ugh, nie ignoruj mnie...- złapałam jego twarz w dłonie i nakierowałam ją w moją stronę. Spojrzałam prosto w karmelowe tęczówki i uśmiechnęłam się ciepło. -No więc..?
-Piosenkę napisałem sam, dziękuję. Nie sądzę, żebym śpiewał jakoś rewelacyjnie.- wzruszył ramionami i obejmując moje dłonie, położył je na kolanach. Następnie pochylił się lekko do mnie i pocałował w policzek.
-Cóż, masz niesamowity talent, naprawdę.- przyznałam dumnie i tym razem spojrzałam na TV. Właśnie leciał program "Z kamerą u Kardashian'ów", więc obserwowałam, jak Kim i Khloe borykają się z kolejnym problemem.
-Dzięki, kochanie.- mruknął przy uchu i pocałował mnie pod nim, przez co po ciele przebiegł przyjemny prąd. Zamknęłam oczy i wtuliłam się w ramię Justina. -Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo się o ciebie bałem.- zaczął, splatając nasze palce razem. -W noc, kiedy cię uprowadził nie mogłem spać. To było najgorsze osiem dni mojego życia.- przerwał, wzdychając ciężko. -Ale kiedy cię w końcu zobaczyłem, nie marzyłem o niczym innym, jak o spędzeniu reszty życia z tobą. Zmieniłaś mnie.- chwytając mnie za brodę zmusił, bym spojrzała na niego. Otarł opuszkami palców spływającą łzę i uśmiechnął się ciepło. -Nie myślę już o kolejnej kobiecie do potrzeb, tylko o rodzinie i reszcie życia jako spełniony mąż i ojciec. Gdybym miał zrezygnować ze wszystkich bogactw, jakie mam, zrobiłbym to, by być z tobą i stworzyć tą rodzinę.- mówił, głaskając mnie po włosach i co pewien czas odgarniając kosmyki za ucho.
-Dopiero, kiedy wracaliśmy do domu, uświadomiłam sobie, że uczucie, jakim cię obdarzałam nie minęło. Ono tylko ucichło, aby potem wróciło ze zdwojoną siłą. Mam nadzieję- przerwałam, wchodząc mu na kolana i siadając okrakiem -że tym razem wytrwamy do końca.- zarzuciłam dłonie na jego szyję i delikatnie musnęłam usta. Pocałunek przerodził się w żarliwą walkę. Justin delikatnie położył mnie na sofie i przygryzł dolną wargę. Rękami błądził po reszcie ciała, badając każdy cal. Moje dłonie zaś trzymały go za szyje i mierziły włosy. Brakowało nam tchu, ale nie przestawaliśmy. Potrzebowaliśmy siebie, a nasze pocałunki mówiły, jak bardzo brakowało nam siebie. W pewnej chwili Justin oderwał się ode mnie, patrząc zasmucony i lekko przygnębiony. Uniosłam zaskoczona brew, oczekując czegoś więcej.
-Nie, Car. Nie dziś.. Nie po tym, jak ten byd..
-Przestań.- przerwałam mu stanowczo i posłałam złowrogie spojrzenie. -To jest już za mną, wróciła dawna MacCarney, która do cholery chce się kochać z własnym chłopakiem. Mogę? Mogę!- zawołałam i rzucając się na niego powaliłam na kanapę. Siadłam okrakiem na jego biodrach i znów wpiłam się w usta. Akcja jednak trwała szybko, bo szatyn podniósł mnie do góry i przeniósł do sypialni. Tam natomiast zrzuciliśmy z siebie ubrania i po raz pierwszy czułam miłość, która wypływała z nas po brzegi. Teraz byłam pewna swoich i Justina uczuć i wiedziałam, że nie są udawane.

-Dzień dobry, słoneczko.- usłyszałam cichy, ochrypnięty głos. Przymrużyłam oczy i spojrzałam na uśmiechniętego od ucha do ucha Justina. Widok był nieziemski. Jego włosy były roztrzepane na wszystkie strony, na twarzy witał leniwy, seksowny uśmiech, a oczy błyszczały w blasku porannego słońca
-Witam.- cmoknęłam go w czubek nosa i podpierając się na łokciach patrzyłam z góry, jak pociera oczy. Przygryzłam dolną wargę i dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem szczęśliwa. Leżałam obok mężczyzny, którego naprawdę kocham, byłam wolna i bezpieczna.
-Idziemy jeść.- klasnął w ręce wstając z łóżka.
-Powiedz mi jedno.- obserwując jego nagie ciało, próbowałam się skupić na tym, co mam powiedzieć. -Jak, tak umięśniony i boski facet może tyle jeść i nie mieć sadła!?- w odpowiedzi dostałam śmiech. Zarzucił na tors koszulkę, a na dół dresy, lekko opuszczone, nie ukazując tym samym nagich pośladków. Prowokator.
-Za bardzo martwię się swoją dziewczyną- cmoknął mnie w czoło i chwycił za rękę.- a stres spala tą tkankę tłuszczową.
-Lekcja biologi zakończona.- westchnęłam, wstając i idąc za Justinem. Usiedliśmy przy wysepce kuchennej, gdzie czekało na nas śniadanie. Klasyczne, angielskie danie na początek dnia: jajka, plastry bekonu, pomidor i herbata.

Po południu wróciłam do siebie. W sobotnie popołudnie umówiona byłam już z rodzicami na kolację. Stęsknili się i pragnęli porozmawiać jak za dawnych lat. Martin również z nimi przyjechał i znów ucieszony obecnością Justina, ciągle wypytywał o to, co robi.
-Może chcesz pojeździć na koniach?- kiedy z ust Biebera wypłynęły te słowa, wszyscy spojrzeliśmy zaskoczeni w jego stronę. -Mój dobry przyjaciel ma ranczo na przedmieściach miasta. Zadzwonię do niego i poproszę o przygotowanie koni dla nas.- wstał od blondyna i ruszył na taras, by wykonać telefon. Rodzice natomiast spojrzeli na mnie i z uniesionymi brwiami wyczekiwali komentarza, który jednak nie nastąpił.
Po piętnastu minutach byliśmy gotowi, aby jechać do stajni i pobawić się ze zwierzętami. Ja z Justinem siedziałam z przodu, a rodzice z Martinem z tyłu. Tym razem jechaliśmy sami, bez Taylora. Dostał wolne, by spędzić weekend z rodziną. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, chłopiec wyskoczył z auta i klaszcząc z zadowolenia w dłonie pobiegł do środka. Spojrzałam w stronę Justina, który obserwował malca oddalającego się od nas. Złapaliśmy się za ręce i poszliśmy.
_________
OGŁOSZENIA PARAFIALNE
Witam, lecę z nowym rozdziałem, nie sprawdzałam, to na szybko :D
Komentujcie rozdział, pamiętajcie. ☺
WATTPAD - pobierajcie, czytajcie i bądźcie na bieżąco!
Nie zapominajcie o Dangerous i Race for life. Przychodzę do Was z czymś nowym, znowu!!! :D
czytasz=komentujesz.